Czy kryzys prawa międzynarodowego obudzi operatorów logistycznych?

03.08.2026

Współczesny świat określany jest czasami mianem „geopolitycznego tornada”. To już nie walka z jakimś rodzajem zagrożenia, które skupia uwagę opinii publicznej i mediów z całego świata, lecz cała masa zagrożeń oraz wydarzeń pobudzających nowe konflikty zbrojne i punkty zapalne globu, na zasadzie efektu spirali, które wymykają się spod kontroli. W artykule postaramy się przyjrzeć naturze tego zjawiska głównie przez pryzmat zmierzchu dotychczasowych reguł prawa międzynarodowego, a zwłaszcza prawa o wolności mórz tzw. Mare Liberum, która była dotąd gwarantem bezpieczeństwa na szlakach transportowych. 

Branża TSL jako barometr ryzyka

Trudno bowiem nie zgodzić się z faktem, iż branżą gospodarczą, która w największym stopniu wystawiona jest na skutki tych nieprzewidywalnych wydarzeń jest branża transportu, spedycji i logistyki, a zwłaszcza żegluga oceaniczna. O ile jeszcze klika lat temu branżą tą rządziła przynajmniej względna przewidywalność, stąd sądzono, iż raz uformowana siatka połączeń (wraz jej podręcznikowym just in time) może funkcjonować nawet 10 lat, co pokrywało się z długością cyklu koniunkturalnego; aktualnie główne globalne szlaki handlowe stały się areną zagrożeń wojennych, terrorystycznych i pirackich. W efekcie - niemal każdego dnia na nowo przewoźnik staje przed koniecznością podjęcia decyzji: zaryzykować i płynąć krótszą trasą pomimo niebezpieczeństwa, czy też dopłacić, ale popłynąć naokoło? Każdy nieplanowany przestój, niezrealizowany na czas kontrakt czy zamrożony kapitał oznaczają straty finansowe oraz wiążą się z ryzykiem. Tym bardziej, iż potrzeba asekuracji i elastyczności wymusza dodatkowe koszty magazynowania. 

Cieśnina Ormuz, podobnie jak kanał Sueski, Cieśnina Bosfor na Morzu Czarnym, Cieśnina Malakka na Morzu Południowochińskim, zaś w zachodniej hemisferze kanał Panamski jako przesmyk między dwiema Amerykami - to „punkty krytyczne” globalnej gospodarki określane mianem „chokepoints” – „wąskich gardeł”, o które walka i rywalizacja mocarstw się zaostrza, choć lista ta jest oczywiście niepełna i można ją poszerzać. Do tego dochodzą bardzo tradycyjne ryzyka: piractwo u wybrzeży Somalii, porwania marynarzy w Zatoce Gwinejskiej czy napady na statki w rejonie Cieśniny Singapurskiej. Nie wskazujemy nawet na zagrożenia wojen hybrydowych i prowokacji na kierunku wschodnim, wraz z osławioną „flotą cieni” bo temat wymaga osobnego omówienia.

Nieprzewidywalne okoliczności i ryzyka wojenne wiodą do dekompozycji globalnego systemu, ale z drugiej strony zmuszają operatorów logistycznych do myślenia, brania sprawy we własne ręce i wdrażania narzędzi przystosowawczych. Nawiasem mówiąc dokoła pojawiają się już pewne jaskółki rozwiązań z zakresu nowych technologii i prawa, które uwzględniają architekturę ryzyka, w której przyszło nam żyć. Armatorzy i ich alianse projektują nowe eksperymentalne siatki połączeń, nastawione na terminowość zawinięć i efektywność obsługi klienta. Armatorzy, dążąc do optymalizacji, wprowadzają opłaty sezonowe i operacyjne, które staja się stałym elementem cenników. Ciekawe przemiany dokonują się na rynku ubezpieczeń morskich, w oparciu o nowe klauzule War Risks, z kolei Ukraińcy uruchomili eksperymentalny mechanizm Unity Facility, będący konstrukcją partnerską z udziałem banków, państwa i firm zagranicznych, który wydatnie złagodził skutki kryzysu w basenie Morza Czarnego. Warto też zauważyć, iż nie potwierdzają się kasandryczne przepowiednie dotyczące skracania łańcuchów dostaw i redukcji handlu globalnego. Raczej towarzyszące nam wojny handlowe oraz protekcjonizmy gospodarcze nakierowują uwagi decydentów na poszukiwanie skutecznych narzędzi interwencyjnych stymulujących własne przewagi konkurencyjne, bowiem w atuty wolnego rynku i jego zdolność do samoregulacji już nikt nie wierzy.  

Kolos zaczyna się sypać. Narodziny i zmierzch prawa międzynarodowego     

Pisząc o prawie międzynarodowym, które przechodzi dziś kryzys – mam na myśli uniwersalne reguły, które uformowały się w czasach nowożytnych, a które normowały kiedyś obrót gospodarczy, wymianę handlową, ale i stały na straży międzynarodowego porządku i przewidywalności. Obecnie jednak eksperci i to niezależnie od wyznawanych poglądów, afiliacji kulturowych i interesów zgadzają się co do faktu, iż w miejsce tego systemu rodzi się porządek wielobiegunowy (policentryczny), który w praktyce oznacza konieczność konfrontacji twardych interesów narodowych, czemu towarzyszy stopniowa erozja prawa międzynarodowego, a przede wszystkim idealistycznych zasad, które legły u jego źródeł. 

Niektórzy zresztą z zadowoleniem przyjmują zarysowany kierunek przemian, bowiem zachodnie wartości i zachodni porządek prawny uważają za pełen hipokryzji i tworzony w interesie bogatych (kiedyś kolonizatorów, a potem Amerykanów z ich buńczucznym Pax Americana i Konsensusem Waszyngtońskim). Państwa niezachodniego kręgu kulturowego cieszą się zatem, iż ten kolos na glinianych nogach zaczyna się sypać. W efekcie wiele nowych regulacji i strategii bezpieczeństwa koresponduje z wyzwaniami świata wielobiegunowego, a dotyczy to nie tylko doktryny Chin czy Rosji. W grudniu 2025 roku także USA uchwaliły nową strategię bezpieczeństwa, w której zapowiada się porzucenie "utopijnego idealizmu" na rzecz "twardego realizmu" i interesów narodowych, tak by każdy w większym stopniu brał odpowiedzialność za siebie (mam na myśli strategię Pete’a Hegsetha). Amerykanie ery Trumpa uderzają zatem w porządek, który sami kiedyś stworzyli, a przemianę tą określa się mianem odbudowy „stref wpływów”, w ramach, których argumenty państwa tyle ważą, ile waży ich siła. Tak czy inaczej motywatorem ludzkiego działania nie jest już chęć budowy bardziej sprawiedliwego społeczeństwa, lecz raczej ochrona interesów własnych, przysłowiowych „pól naftowych” - choćby przy pomocy rozpychania się łokciami.

Brzmi to oczywiście bardzo cynicznie. Pamiętajmy jednak, że w zachodniej nauce i prawodawstwie od początku obecne były prądy alternatywne i kwestionujące liberalne prawo międzynarodowe jako naiwne - by odwołać się do koncepcji Makiawela czy Tomasza Hobbesa, z jego ideą „wojny wszystkich ze wszystkimi”. Obu wyżej wymienionych myślicieli trudno by nazwać cynikami, raczej byli to realiści, twardo stąpający po ziemi, którzy brali świat, taki jakim jest, a nie jakim być powinien, stąd z dystansem podchodzili do idealistycznych aksjomatów, że człowieka można wychować przez prawo. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, iż ich kasandryczne przewidywania okazały się prorocze, uwypuklając co się stanie, gdy ktoś zechce wykorzystać zasady zachodniego przyjaznego porządku prawnego przeciwko niemu samemu. Dlatego też odrodzenie doktryny realizmu politycznego jako polityki siły współgra dziś z obserwowanym na naszych oczach tąpnięciem, skutkującym strukturalnym rozproszeniem, rodzeniem się światów niezależnych - niczym małych i wyzwalających się wysp, które oczywiście mogą się ze sobą układać i dogadywać, rozwiązywać wspólne problemy bądź robić interesy, ale raczej nie pod parasolem ONZ i jego agend w rodzaju Światowej Organizacji Handlu i Banku Światowego. 

Uwodzicielski urok „Mare Liberum” 

Warto zwrócić uwagę na szczególny aspekt powyższej transformacji - związany z logistyką i gospodarką morską. Prawo międzynarodowe posiada bowiem swoją genezę w koncepcji „wolnych mórz” holenderskiego prawnika Hugo Grocjusza "Mare Liberum" z 1609 roku, która była wyrazem panującego wówczas humanizmu, pacyfizmu i wiary w dobrą naturę człowieka w myśl idei, iż „handel łagodzi obyczaje”. Przede wszystkim regulacja ta miała jednak na celu zapewnienie bezpieczeństwa obrotu morskiego dla państw, które dzięki aktywizacji morskiej drogi w świat dynamicznie się wówczas rozwijały, a wraz z nimi korporacje żeglugowe i kompanie handlowe opanowujące rynki zamorskie i ulokowane tam surowce. Do tego potrzebne było uniwersalne prawodawstwo stojące na straży bezpieczeństwa i przewidywalności przeciw wszelkim nadużyciom czy piractwu. 

Nic dziwnego, iż formuła Mare Liberum odtwarzana była jako uniwersalny wzorzec i gwarant handlu międzynarodowego w kolejnych odsłonach postępu historycznego, technologicznego i procesów globalizacji gospodarki, a ostatnie jej kodyfikacje miały miejsce w postanowieniach Konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza (UNCLOS) z 1982 roku, która weszła w życie w 1994 roku. Była to gwarancja tak oczywista, iż państwa, podmioty gospodarcze i operatorzy logistyczni zdążyli się do niej przyzwyczaić uznając za rzecz zupełnie naturalną. Jak się okazuje ich nadzieje okazały się jednak płonne. We współczesnej gospodarce drogą morską wozi się ok. 90 % towarów handlu globalnego, co odpowiada 12 mln ton ładunków rocznie, a jednak idea Mare Liberum jest dzisiaj w dużym kryzysie, a w zasadzie od niej się odchodzi. 

Co pokazuje kryzys wokół Cieśniny Ormuz?

Istotę tego kryzysu dobrze obrazuje starcie interesów, które ujawniły się wokół Blokady Cieśniny Ormuz wraz z nowymi próbami ich legitymacji, które nie biorą już w rachubę świata jaki znaliśmy dotąd ani Konwencji Narodów Zjednoczonych z 1982 roku. Nie chodzi nam o charakter tego konfliktu zbrojnego wokół ważnego punktu przerzutowego (chokepoint) ropy naftowej i gazu ziemnego świata, którym do wybuchu wojny przepływało 130-150 tankowców dziennie, ani jego konsekwencji dla globalnej polityki i bezpieczeństwa. Wiele refleksji nasuwa raczej fakt arbitralnego blokowania żeglugi przez Iran i podejmowane próby legitymacji tego procederu uderzajcie w dotychczasowe fundamenty prawne. W celu pobierania opłat za przepłynięcie cieśniny Iran w maju 2026 roku utworzył nawet specjalny Urząd ds. Cieśniny Zatoki Perskiej (PGSA). Państwo to coraz silniej argumentuje, że wody terytorialne i przyległe Iranu obejmują cieśninę Ormuz, co ma stanowić podstawę do suwerennego ustalania przez ten kraj prawa do przepływu. Co ciekawe w ramach działań odwetowych ze strony USA Trump podąża logiką Iranu – zapowiadając, iż jeżeli ktoś ma pobierać opłaty, to prawo to przysługuje właśnie niemu, czyli USA, a to doprowadziło oczywiście do dodatkowej eskalacji napięć, z którą do dzisiaj państwa zaangażowane w konflikt nie mogą sobie poradzić.

Oczywiście pobieranie opłat (niezależnie czy przez Iran, czy przez USA) jest zakazane w myśl art. 26 konwencji UNCLOS zapewniającej wolność żeglugi na morskich szlakach komunikacyjnych. Pikanterii sprawie dodaje fakt, iż wielu członków ONZ (a w tym USA i Iran także) nie ratyfikowało powyższej konwencji, co nie przeszkadza im odwoływać się do jej zasad – oczywiście arbitralnie i w takim zakresie, jaki uznają za stosowne i zgodne z interesem własnym. Tak czy inaczej sytuacja ta obrazuje, iż mechanizm ONZ mający służyć egzekwowaniu prawa międzynarodowego został sparaliżowany, a mechanizmy instytucjonalne okazują swoją bezsilność wobec rywalizacji państw narodowych i ścierania się ich interesów. Tym bardziej, iż wiele z postanowień prawnych (w tym także UNCLOS) posiada charakter prawa zwyczajowego, a przestrzegające je państwa czyniły to jakby w dobrej wierze. Dziś jednak w dobrą wiarę już nikt nie wierzy, a analitycy podkreślają, że kryzys wokół Cieśniny Ormuz pokazuje zwycięstwo geopolityki nad prawem międzynarodowym. Precedens ten może z kolei uruchomić reakcję łańcuchową - groźne konsekwencje także w innych punktach świata np. Cieśninie Tajwańskiej, Cieśninie Beringa, Cieśninie Malakka czy Bab al-Mandab. O ile jakaś cieśnina, kanał bądź inny punkt krytyczny globalnej gospodarki posiadać będzie znaczenie, rywalizujące o niego mocarstwa mogą się odwołać do powyższego precedensu, by odłożyć podręczniki prawa międzynarodowego na półkę i skorzystać z polityki faktów dokonanych. Ta ostatnia będzie bowiem bardziej skuteczna niż trudne do wyegzekwowania uprawnienia wolnych narodów i wolnych mórz. 

***

Powyższy przykład pokazuje, iż rozgrywający się na naszych oczach kryzys posiada głębszą naturę niż mogło się początkowo wydawać. A to pozwala przypuszczać, iż w dającej się przewidzieć przyszłości sytuacja do normy nie wróci, jak twierdzą optymiści sugerujący, że po prezydenturze Trumpa i wielkim sprzątaniu, które wówczas zarządzimy świat znów stanie się bardziej przewidywalny i bezpieczny.

Wkraczamy w świat relacji wielobiegunowych, w którym liczyć się będą interesy narodowe różnych porządków kulturowych, bowiem monopol ideologiczny Zachodu i jego wartości dobiega raczej swego kresu. Stąd zarówno państwa narodowe, korporacje gospodarcze, a zwłaszcza operatorzy logistyczni, armatorzy, porty morskie, huby etc. będą musiały liczyć na siebie, z kolei umowy bilateralne bądź porozumienia regionalne, często tworzone ad hoc – dla rozwiązania konkretnego problemu coraz częściej zastępować będą dawne prawo międzynarodowego odwołujące się do uniwersalnych i niezmiennych zasad. Natura nie znosi jednak próżni. Stąd świat wzmożonego ryzyka, niepewności, „drżenia i trwogi” – jak mawiają wieszcze i myśliciele – może mieć skutek ozdrowieńczy dla gospodarki, zmuszając podmioty kreatywne do decyzji przystosowawczych. Cytowane na początku artykułu przykłady z ostatnich 4 lat branży TSL potwierdzają, że powstało szereg ciekawych i innowacyjnych rozwiązań prawnych, technologicznych (AI) i organizacyjnych wychodzących naprzeciw współczesnym wyzwaniom.  

źródło: www.gospodarkamorska.pl