Czy wizyta Donalda Tuska w Kijowie przyniesie przełom dla przewoźników?

16.01.2024

Spodziewana wkrótce wizyta Donalda Tuska w Kijowie najprawdopodobniej nie przyniesie przełomu we wzajemnych relacjach. Z informacji Onetu wynika, że będzie ona raczej okazją, by wyrazić ogólne poparcie polityczne dla Ukrainy, a nie rozwiązać spory między Warszawą a Kijowem.

Polskę i Ukrainę łączy przede wszystkim stosunek do rosyjskiej agresji, różnią je natomiast interesy gospodarcze

Ukraina nie jest gotowa do ustępstw wobec Polski z jednego protego powodu. Otóż kolejne polskie władze zdołały skutecznie przekonać Kijów, że Ukraina od Polski otrzymuje wszystko za nic, a za okazaną pomoc nie jest Polsce nic winna

Polskę i Ukrainę niezmiennie różnią kwestie produktów rolnych, których import spowodował głębokie perturbacje na polskim rynku. Problemem są też niezmiennie kwestie dyskryminacji polskich przewoźników w Ukrainie i wywołane tym protesty po polskiej stronie granicy. Co jednak ciekawe, w obydwu sprawach rząd Donalda Tuska kontynuuje linię polityczną rządu PiS.

Ustami nowego ministra rolnictwa Czesława Siekierskiego Polska wyraziła już jednoznaczny sprzeciw wobec przedłużenia umowy o bezcłowym handlu z Ukrainą. Według naszych władz Polska nie może zaakceptować de facto całkowitego otwarcia rynku nie tylko na zboża, ale też na cukier, mięso drobiowe, jaja, owoce miękkie i koncentrat jabłkowy. W odniesieniu do wszystkich tych kategorii produktów rolnych niekontrolowane otwarcie rynku oznacza ryzyko bankructwa dla polskich rolników.

Tymczasem Komisja Europejska wydaje się ignorować tę możliwość i oczekuje od nas, że sami porozumiemy się z Ukrainą. Problem polega na tym, że Kijów nie jest gotowy na żaden realny dialog z Polską. Dokładnie tak samo dzieje się w odniesieniu do ruchu granicznego. Polscy przewoźnicy bankrutują, gdyż ukraińskich firm transportowych nie obowiązują przepisy unijne, które mają zastosowanie wobec Polaków i które zasadniczo podnoszą koszty ponoszone przez naszych przewoźników.

Co gorsza, władze ukraińskie w ostentacyjny wręcz sposób dyskryminują polskich przewoźników, czego wyrazem jest to, ze polskie TIR-y de facto nie są w stanie przekraczać granicy polsko – ukraińskiej. W Ukrainie teoretycznie istnieje elektroniczny system, który powinien wskazywać kierowcom czas, gdy mają podjechać do punktu granicznego. To zapewne "czysty przypadek", że polskim ciężarówkom wskazuje go tak, że przekroczenie granicy trwa nieraz nawet ponad tydzień.

Media ukraińskie pełne są coraz wyraźniej antypolskich tekstów. O dyskryminowaniu polskich przewoźników nie ma w nich ani słowa, a to, czy polscy rolnicy zbankrutują, nie ma dla nich żadnego znaczenia. W ukraińskich mediach Niemcy, którzy na początku wojny jedynie czekały na zajęcie Kijowa przez Rosjan, są dziś przedstawiani jako lepsi przyjaciele Ukrainy niż Polska.

Polskie oczekiwania zbywane są zaś stwierdzeniami, że Ukraina walczy w imieniu Polski. To ostatnie jest zresztą zwyczajną nieprawdą. Wystarczy bowiem jedynie uświadomić sobie, że Polska — w przeciwieństwie do Ukrainy — jest w NATO i wyobrazić sobie, co stałoby się odpowiednio z Polską i Ukrainą, gdyby ta ostatnia przestała się bronić.

Postawa Ukrainy, której istotą jest ignorowanie polskich interesów, jest przy tym logiczna. Na przykład teza o tym, że Ukraina "walczy w imieniu Polski" została przez Ukraińców przejęta od polskich aktywistów.

Co gorsza, władze w Kijowie zostały przyzwyczajone przez polityków PiS, którzy odpowiadali za politykę zagraniczną, że od Polski dostają wszystko za nic, a za okazaną pomoc nie są Polsce nic winne.

Przeświadczenie władz w Kijowie, że Polsce nie trzeba nigdy za nic dziękować, ani w niczym ustępować, następnie wzmocnili jeszcze politycy PO. Gdy pojawiły się tarcia między Polską a Ukrainą, to – zamiast stanąć, choćby w tej jednej sprawie, po stronie rządu – wypowiadali się w sposób, który sugerował, że gdyby to PO rządziła, Warszawa byłaby jeszcze bardziej proukraińska.

Jak wiadomo, Polska pod rządami PiS przekazała Ukrainie prawie 400 czołgów oraz ponad 200 haubic i armat, czyli mniej więcej połowę swojego potencjału pancernego. Działo się to – dodajmy – od pierwszego dnia wojny, gdy Niemcy gotowi byli przekazywać Ukrainie hełmy, a większość innych państw europejskich gotowa była darować najwyżej broń lekką. Założenie, że jakiś inny rząd w Warszawie zrobiły dla Ukrainy nie mniej, a więcej świadczy o skali oderwania ukraińskich polityków od rzeczywistości.

Według informacji Onetu Kijów nie tylko nie zamierza Polsce ustąpić, ale, co więcej, planuje zwiększać presję na Polskę. Presja ta ma być wywierana z jednej strony przez Brukselę, a z drugiej przez inicjowanie proukraińskich publikacji w polskich mediach oraz organizowanie proukraińskich demonstracji.

Na jeszcze jeden problem wskazuje w rozmowie z Onetem polski dyplomata znający problematykę relacji dwustronnych. Jego zdaniem znaczna część polskiego środowiska eksperckiego, które zajmuje się relacjami polsko-ukraińskimi, zamiast tłumaczyć Kijowowi, że powinien pójść na kompromis z Warszawą, zajmuje się tłumaczeniem w Warszawie racji ukraińskich. Z kolei w Kijowie tłumaczą, że polscy rolnicy nie mają racji i są "jak zwykle" roszczeniowi, a polscy przewoźnicy, którzy blokują granicę, to tyle, co rosyjska agentura.

 

Fragmenty artykułu "Donald Tusk wybiera się do Kijowa. Ale o sukces będzie bardzo trudno" z onet.pl