30.07.2026
Napięcie na Bliskim Wschodzie ponownie winduje ceny ropy, a wraz z nimi obawy kierowców o koszt tankowania. Eksperci ostrzegają, że przy cenie surowca przekraczającej 150 dolarów za baryłkę i problemach z dostawami litr paliwa w Polsce mógłby kosztować nawet 10 zł. Co ciekawe, większość stacji jest już przygotowana do wyświetlania takich cen.
Ceny ropy w ostatnich tygodniach mocno wzrosły. Obawy o rozszerzenie wojny na Bliskim Wschodzie i zablokowanie oprócz cieśniny Ormuz także Morza Czerwonego podbiły Brent do ponad 100 dolarów.
I choć w poniedziałek mamy do czynienia ze sporą przeceną, to na polskich stacjach paliwa mogą jeszcze drożeć. W piątek, zanim pojawiły się informacje o deeskalacji, Reflex prognozował wzrost średniej ceny oleju napędowego do 8,20 zł za litr, a benzyny 95 do około 7,45 zł. E-petrol wskazywał dla diesla przedział 7,99-8,15 zł.
Prognozy powstały przy znacznie wyższych cenach ropy i po wcześniejszym skoku cen hurtowych, dlatego poniedziałkowy spadek może je z czasem złagodzić.
Prezes Unimotu Adam Sikorski powiedział w programie "Biznes Klasa" w Wirtualnej Polsce, co teoretycznie musiałoby się stać, żeby cena paliwa w Polsce przekroczyła 10 zł za litr. Jego zdaniem, taki scenariusz byłby realny, gdyby cena ropy na rynkach światowych dobiła do 150 dolarów za baryłkę i pojawiły się braki w dostawach surowca z Bliskiego Wschodu.
Przypomniał, że poziom 10 zł za litr paliwa był już testowany w 2022 roku. W tamtym czasie część operatorów musiała nawet wymieniać pylony, ponieważ nie mieściła się na nich liczba z "1" z przodu - maksymalnie można było wyświetlić 9,99 zł.
- Większość stacji paliw jest już gotowa, żeby taką cenę pokazać. Mam jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie i nie będziemy musieli tej opcji używać - mówił.
źródło: www.wnp.pl