07.07.2026
W ostatnich miesiącach kilkukrotnie wspominałem o ostrym sprzeciwie, który producenci wyrażają wobec norm unijnych emisji CO2 dla naczep i przyczep. Teraz możemy natomiast poznać konkretne propozycje producentów, wskazujące na to, jak unijne normy można by uczynić bardziej racjonalnymi i możliwymi do spełnienia.
Zacznę od wyjaśnienia, że unijne normy mają dotyczyć wpływu danej naczepy lub przyczepy na emisję CO2 występującą w pojeździe ciągnącym, a więc de facto na jego zużycie paliwa. Komisja Europejska oczekuje, by w okresie 2020-2030 średni poziom tego wpływu zmalał o 10 procent (dla naczep) lub 7,5 procenta (dla przyczep). Innymi słowy, nowe modele naczep mają sprawić, że do 2030 roku ciągniki będą paliły o średnio 10 procent mniej. Ma to objąć wszystkie pojazdy na maksymalnie trzech osiach, z nadwoziami przypominającymi prostopadłościan i z dopuszczalną masą całkowitą powyżej 8 ton. Oznacza to, że nowe zasady obejmą między innymi naczepy kurtynowe, furgonowe oraz chłodnicze. Jeśli natomiast producenci takich redukcji nie osiągną, mają płacić olbrzymie kary, opiewające na 4250 euro za każdy ponadnormatywny gram dwutlenku węgla na tonokilometr przeliczony przez wszystkie egzemplarze sprzedane w danym roku. W praktyce może się to przełożyć na dziesiątki lub setki milionów euro, które ostatecznie zostałyby pokryte z kieszeni przewoźników. Dla przykładu, sama tylko firma Kögel wyliczyła, że na obecnym etapie pokrycie tych kar wymagałoby od niej podniesienia cen nowych naczep o około 40-50 procent.
Wracając do zagadnienia ze wstępu, wspomniany sprzeciw jest tak duży, że firmy będące na co dzień swoimi bezpośrednimi konkurentami postanowiły się zjednoczyć. Prezesi aż 30 przedsiębiorstw podpisali się pod nowym listem protestacyjnym, oficjalnie wczoraj przekazanym Komisji Europejskiej oraz Parlamentowi Europejskiemu. Producenci wyjaśnili tam, dlaczego nie zgadzają się z nowymi normami i dlaczego uważają je za niemożliwe do spełnienia. Jednocześnie przedstawili swoje propozycje pięciu zmian, które mogłyby uczynić unijne normy możliwymi do zaakceptowania.
Zamiast 10 procent dla naczep oraz 7,5 procenta dla przyczep, producenci proponują ograniczenie emisji CO2 o 5 procent dla obu typów pojazdów.
wchodzić w życie według łagodniejszego, lepiej rozłożonego w czasie harmonogramu. Pierwsze, złagodzone wymogi, miałyby zacząć obowiązywać od 1 lipca 2030 roku.
W ramach złagodzonego okresu przejściowego Unia Europejska miałaby tymczasowo wstrzymać się z nakładaniem kar. Jednocześnie wartość kar miałyby zostać obniżona, by lepiej odpowiadać rynkowej wartości naczep lub przyczep.
VECTO, czyli unijne narzędzie stworzone do obliczania poziomu emisji CO2, miałoby zostać udoskonalone pod kątem bardziej sprawiedliwego porównywania naczep o zbliżonym przeznaczeniu rynkowym. Producenci chcą też wprowadzenia mechanizmu, w którym normy emisji CO2 dla naczep i przyczep zostaną całkowicie zniesione po osiągnięciu przez elektryczne ciężarówki i ciągniki 70 procent udziału w unijnym rynku. Skoro bowiem ciągniki i ciężarówki nie będą spalały paliwa, nie ma powodu, by utrzymywać wymagania w tym zakresie dla naczep i przyczep.
Ten postulat odnosi się do mechanizmu stworzonego przez Komisję Europejską przy wszystkich normach CO2 dla ciężkich pojazdów. Zakłada on, że producenci mogą obniżyć sobie wynik CO2 wyjątkowo ekologicznymi pojazdami, by dzięki temu skredytować wyższą emisję CO2 dla mniej ekologicznych modeli. W przypadku ciężarówek i ciągników ma to sens, gdyż podwyższanie sprzedaży elektryków pozwala utrzymać produkcję diesli. W przypadku naczep i przyczep nie da się jednak osiągnąć podobnego efektu, gdyż nie istnieją ku temu możliwości techniczne. Producenci oczekują więc od KE przyznania, że mechanizm ten jest nierealny.
źródło: www.40ton.net